Witajcie, co u Was słychać? ;) Tak jak mówiłem w poprzedniej części moich przygód z kolanem (znajdziesz ją
tutaj), tym razem przedstawię historię o tym,
jakim cudem udało mi się być operowanym przez znakomitego ortopedę, a jednocześnie cudownego człowieka i nie zapłacić za to majątku, a właściwie to nic nie zapłacić! Jak zapewne już się zorientowaliście, szpitalni lekarze nie są wirtuozami skalpela, a
koszt operacji kolana w prywatnym szpitalu jest wysoki. Szczerze mówiąc to jest bardzo drogo. Im lepszy specjalista, tym lepiej zarabia. Czysta logika.
Zdarzają się jednak cudy takie, jakiego doświadczyłem ja;) Postaram się opowiedzieć o tym i
pomóc także Wam odnaleźć odpowiednich lekarzy, za których usługi nie będziecie musieli płacić z własnej kieszeni, bo operacja zostanie sfinalizowana przez NFZ. Być może powiesz mi, że dobrzy lekarze przyjmują również w szpitalach publicznych, gdzie za wizytę nie trzeba płacić, ale kolejki do nich sięgają nawet kilka lat! Oczywiście masz rację! Utalentowany doktor, przyjmujący w publicznym szpitalu, jest wyjątkowo oblegany przez pacjentów. Ciężko "dobić się do jego gabinetu" bo najpierw potrzebne jest skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, następnie zarejestrowanie się na wizytę przez uprzednie udanie się do kolejki, która utworzyła się już na poziomie rejestrowania się do lekarza, a następnie grzeczne ustawienie się w kolejce do gabinetu doktora, która zdaje się nie mieć końca, gdyż
niektórzy ludzie wyczekują przed gabinetem owego lekarza nawet 6 godzin przed rozpoczęciem jego dyżuru! Zaczynają się przepychanki słowne, a czasem nawet fizyczne. W kolejce słychać międzyludzkie szepty znane z czasów komunizmu - "pan tu nie stał", "ja wejde przed ponem, bo się tylko o coś zapytam doktóra".
Wielu z ludzi oczekujących w kolejce próbuje być cwana i wcale nie rejestruje się na wizytę, unikając tym samym stania w kolejce do rejestracji. Liczą później na litość lekarza, który i tak ich przyjmie. Przez takie działania
my sami możemy nie zostać przyjęci przez lekarza, pomimo że przyjechaliśmy, czekaliśmy, zarejestrowaliśmy, znów czekaliśmy. Sam byłem świadkiem sytuacji, gdy bardzo wzięty lekarz skończył dyżur i wychodził z gabinetu oświadczając nadal liczącym na wizytę u niego pacjentom, że teraz przez kilka godzin dyżur będzie miał inny lekarz - ludzie słysząc to w jednej chwili się rozeszli, a nowo przybyły na dyżur lekarz nie miał ani jednego pacjenta. Wszyscy woleli przyjść za tydzień do swojego wymarzonego doktora. Tak, to nie pomyłka, za tydzień!
Następną okazję na wizytę u naszego wspaniałego doktora będziemy mieli równo za tydzień, gdyż najczęściej wygląda to tak, że najlepszy doktor dyżuruje w szpitalu tylko raz w tygodniu. W takim przypadku jesteśmy wykończeni psychicznie i fizycznie (pamiętajmy, że nasze kolano ciągle boli, utrudnia poruszanie się, a w poczekalni przed gabinetem może nie znaleźć się życzliwej osoby, która ustąpi miejsca siedzącego...). Nie jest to wina lekarza. Taki ma plan dnia i nic na to nie poradzi. To dlatego, że doktor ma na przyjęcie pacjentów np. tylko 5 godzin - później musi udać się na blok operacyjny, gdzie wykonuje
artroskopie kolana, rekonstrukcje ACL więzadeł krzyżowych przednich, szyje łąkotki, itd. Aby uniknąć takich sytuacji radzę...